Archiwum dla marzec 2008
it’s a blue, bright blue Saturday, hey hey…
Dziś słuchamy anielskiego, sielankowego, beztroskiego goldfrappa.
And the pain’s starting to slip away, hey hey…
I stara sesja z gosią.


Trochę się nudziłam…

A mój mood? Mam huśtawki, jestem pełna niepewności. Chce już mieć pieprzone mieszkanie w wawie i spokój. I chce już robić zakupy do niego. Bo wiem, że w dzień po przeprowadzce obudzę się i będę chciała wyczyścić uszy, a nie będę mieć patyczków. I wtedy wskoczę w luźne ciuchy, nie zrobię makijażu, wezmę dużą torbę i zrobię z wyszczerzonymi zębami i ogromnym szczęściem pod skórą wielkie zakupy. Chce też być zdrowa i nie mieć guzów, raka, krzywego kręgosłupa, skurczy, ślepych oczu i w ogóle. I chcę dziś zasnąć.
It’s a blue, bright blue Saturday, hey hey
And the pain’s starting to slip away, hey hey
I’m in a backless dress on a pastel ward that’s shining
Think I want you still
But there may be pills at work
Do you really wanna know how I was dancing on the floor?
I was trying to phone you as I’m crawling out the door
I’m amazed at you, the things you say and that you don’t do
Why don’t you ring?
I was feeling lonely, feeling blue
Feeling like I needed you
Like I’m walking up surrounded by me
It’s a blue, bright blue Saturday, hey hey
And the pain’s starting to slip away, hey hey
I’m in a backless dress on a pastel ward that’s shining
They gotta watch you still
But there may be pills at work
How did I get to accident and emergency?
All I wanted was you to take me out high
And I was feeling lonely, feeling blue
Feeling like I needed you
Like I hoped you’d call and hoped you’d see me
crimes (aperfectcircle).








Uważam tą sesję za nieudaną. Miał być schiz i sex, a wyszła senność i zmieszanie. Najbardziej boli fakt, że to ostatnia jaką wykonałam (boskie 2 dni focenia nagiej El u olza ^^). Myślicie, że El jest sexi, pociągająca, podniecająca i w ogóle? Mężczyźni, których szanuję uważają ją za niezwykle atrakcyjne bóstwo. Hm… Can’t tell.
apeluję o wsparcie.
Wiem, że jesteście TU i czytacie TO. Błagam o odpowiedź i radę. Jestem okrutnie rozdarta przez rzeczywistość i żaden film, żadna fikcja nie pomoże podjąć odpowiedniej decyzji.
Co w przyszłości ma znaczenie? Mam tu na myśli kwestię pracy. Wiedza, umiejętności, papier, znajomości? Może po części znam odpowiedź. Ale powiedzcie, co tak na prawdę się liczy. Jak dobrze znacie rzeczywistość, by wnioskować? Jestem przybijana do ściany z każdej prawie strony. Rodzice, rodzeństwo, zaufani nauczyciele próbują zmusić mnie do zdobycia wyższego wykształcenia. Oczywiście akceptują fakt, że chcę być fotografem, zdobyć w tej dziedzinie potrzebną wiedzę i umiejętności w prywatnych szkołach. Ale mimo wszystko każdy po kolei bombarduje mnie słowami: musisz mieć coś obok, coś w zamian, coś na czarną godzinę, jeśli ci nie wyjdzie; kobiety mają trudniejsze życie w biznesie, potrzebują wykształcenia dla uzyskania szacunku, a bez szacunku nie masz nic; nigdy nie wiesz, kiedy może ci się to przydać, a przyda się na pewno, itp. Podsuwają mi na talerzu śmierdzącą anglistykę, marketing i zarządzanie. A ja nie potrafię spojrzeć na to inaczej – na takie studia idą ludzie (jeśli nie robią tego z powołania i pasji) bez perspektyw, bez marzeń, którzy nie mają nic innego do roboty, idą za głosem rodziców, czy rówieśników. Jaki sens tracić na to czas i pieniądze, gdybym mogła go poświęcić na rozwój naszej firmy i dalsze kształcenie w kierunku fotografii i reklamy? Po co mi pieprzony świstek? A przyznaję, że widzę wiele takich osób, chociażby na goldenlinie i za każdym razem myślę ‘gees, na tym świecie wykreowany jest chory szablon. czemu tak mało z nas ma odwagę, by go złamać? po co wciskamy się w szarą rzeczywistość, która nie da nam radości?’.
Zaczynam pękać. Może rzeczywiście przydałaby mi się wiedza w zakresie zarządzania, by nasza firma jeszcze owocniej prosperowała? Zmierzam ku temu również przez fakt, że powoli ginie we mnie idea nauki w filmówce warszawskiej. Ignoranci nie chcą zrobić dla mnie dziennych, przez co zapisując się na zaoczne będę zmuszona opuszczać zajęcia przez wesela. Ta szkoła to moje marzenie, polskie marzenie. Nie będę już wspominać o london college of fashion. Mam nadzieję, że chociaż olzowi się uda. Wyjechałabym z Tobą, wiesz o tym. Gdyby tylko nie to, co już tu zaczęłam tworzyć. Ale nie mogę się poddać. Mam plan. Pokażę, że jestem wyjątkowa, że mi niesamowicie zależy i oproszę o pewną ulgę i przymknięcie oka na moje nieobecności. Będę aktywnie brać udział w zajęciach i systematycznie nadrabiać te opuszczone. Dam z siebie wszystko, żeby to załatwić. A jeśli mi się nie uda, nie będę tego traktować jako porażki. To będzie tylko ich błąd, a mój dowód zaangażowania.
I właśnie mnie olśniło… 0_O gdybym… Skończyła ten pieprzony marketing, zakończyła po kilku latach działalność weselną, złożyła papiery na LCOF, wyjechała do Anglii i spełniła jeszcze piękniejsze marzenia?
What do you think? Am I able to manage?
